W rekrutacji myśli się kategoriami A-, B- i C-playerów. A-playerzy są wybitni i rzadcy. I właśnie dlatego rzadko zostają — rynek szybko ich podkupuje.
Jest jednak poziom wyżej. Ludzie, którzy prowadzili coś własnego. Założyli, zbudowali, czasem polegli i wstali. Takie osoby nie szukają „pracy”. Szukają miejsca, w którym ich energia i skill ma sens.
Wnoszą trzy rzeczy, których nie da się przekazać na onboardingu.
Widzą całą szachownicę. Większość ludzi zna swój dział i swój task. Ktoś, kto prowadził firmę, zna drugą stronę: koszty, P&L, czy jak wizja zamienia się w pieniądze. Nie trzeba mu tłumaczyć, dlaczego coś się robi.
Mają zaangażowanie właścicielskie. Traktują firmę jak swoją, bo inaczej nie umieją. To nie jest „przyszedłem, odrobiłem, poszedłem”.
Adaptują się - bo musieli. To dziś najrzadsza umiejętność na rynku, a AI sprawia, że robi się jej coraz mniej. Co kwartał ktoś wywraca stół. Narzędzie, które dziś jest przewagą, za cztery miesiące robi czternaście większych firm — i przestaje cokolwiek znaczyć. Liczy się nie konkretny skill, tylko umiejętność porzucenia go i zbudowania nowego. Razem z przekonaniami o rynku, o kliencie i o tym, dlaczego ktoś nam ufa. Tego uczy tylko własny biznes, w którym rynek weryfikuje cię z dnia na dzień, bez taryfy ulgowej.
Jestem dokładnie takim człowiekiem. Budowałem marki, dowoziłem produkty, odpowiadałem za wynik własnym nazwiskiem.
Nie szukam etatu. Szukam miejsca, w którym moje umiejętności doprowadzą firmę na sam szczyt.